













|
FELIETONY WYBRANE
Piotra Stanisława Króla
SPIS TREŚCI:
Korzenie
Ten cudowny słupek!
Towarzysze ewolucyjni łączcie się!
Noblista z pianką
Brykamy proszę państwa, brykamy!
Metafizyka światła
* * *
"Refleksje spod mostu"
Korzenie
opublikowany w niezależnym magazynie społeczno-kulturalnym
"InterMosty" Nr 2-3/2011
Przed laty, przed moim rodzinnym domem rosła smukła, przepiękna jarzębina. Bardzo ją lubiliśmy, podobnie jak ptaki, które zimą zajadały się jej czerwonymi, smakowitymi owocami. Pod nią stała ławka, która była miejscem bardzo intensywnego życia towarzyskiego. Rano siadały tam nasze babcie i robiąc na drutach ustalały zasady i porządek kolejnych dni, po południu zasiadały mamy, starając się nieco ten porządek skorygować, a wieczorem my - podwórkowi "rewolucjoniści", którzy ten porządek często burzyliśmy. Ale z umiarem, bez przesady. W końcu to były nasze rodziny. Jak któryś z nas miał kłopot w zrozumieniu tych zasad, to wkraczali do akcji ojcowie i dziadkowie, by męską twardą ręką udzielić lekcji. Skutecznie. Jarzębina była symbolem tego miejsca, które było często początkiem, a czasem i końcem wielu naszych życiowych spraw, decyzji, planów; radości i dramatów. Tu pulsowało życie, a czasem zawitała i smutna pani-śmierć. Kilka metrów stąd zmarł mój ojciec, kiedy miałem siedem lat. Moja mama często siadała w cieniu tego drzewa, które otulało ją swoim łagodnym cieniem i cichutko szeptało do ucha szelestem gałązek i liści. To było szczególne miejsce. Wszyscy to podkreślali.
Jakiś czas później jarzębina zaczęła usychać. To był dla nas dramat, szok. Szukaliśmy przyczyny pojawiania się licznych białych plam na ziemi, wokół jej pnia. W końcu odkryliśmy (miejscowi "rewolucjoniści") tajemnicę powolnej jej śmierci. W nocy wychodził ze swojego domu z kubłem w ręku miejscowy prostak, cham do kwadratu (jak go określaliśmy) i wylewał wodę z solą. Musiał to robić systematycznie, od dłuższego czasu. Jarzębina była już właściwie martwa, wyschnięta niemal na wiór. Nasi ojcowie i dziadkowie sprali mu mordę. Nie mogli już jednak uratować tutejszego drzewa-symbolu. Zapytali go - Dlaczego to robisz?! Usłyszeli w pijackim bełkocie odpowiedź, wycedzoną z satysfakcją przez zęby - Bo to mnie wkurwia!
Mógł wziąć siekierę i próbować ściąć. Bał się tych, którzy ją tak cenili. Postanowił zniszczyć korzenie, po cichu, bydlacką metodą.
Wkrótce to miejsce opustoszało. Ławka stała nadal. Ale brakowało czegoś, co łączyło tutejszych mieszkańców. Znaku, symbolu, szczególnej aury... Na coraz bardziej zniszczonej ławce gromadziły się za to okoliczne szumowiny, moczymordy, z zabójcą drzewa na czele.
Europa oparta jest od wieków na wrastających w naszą cywilizacyjną glebę, korzeniach. Są nimi wartości, które były szanowane i bronione z wielkim męstwem i odwagą, w przeświadczeniu, że bez nich rozpadnie się ona jak domek z kart. Jedną z podstawowych wartości był i jest znak krzyża, symbol chrześcijaństwa.
Polski wkład w jego obronę był ogromny. 12 września 1683 roku wojska polsko-austriacko-niemieckie, dowodzone przez Jana III Sobieskiego, powstrzymały marsz armii Imperium Osmańskiego pod dowództwem wezyra Kara Mustafy, stanowiący zagrożenie dla chrześcijańskiej Europy.
W 1920 roku polskie wojska pod dowództwem Józefa Piłsudskiego zatrzymały marsz bolszewików na Europę. Gdyby nie było zwycięstwa, w Warszawie, Berlinie, Paryżu, a może także w Madrycie i Lizbonie w kościołach byłyby spichlerze, kina, kluby sportowe z czerwonymi gwiazdami na wieżach. Krzyże wywalono by do piwnic, przetopiono metalowe na szyny kolejowe, rozbito marmurowe w drobny mak, lub wyłożono nimi przedsionki domów notabli partyjnych.
Wydawałoby się, stare to dzieje. Europejskie drzewo kwitnie w objęciach m.in. przepełnionej humanizmem Unii, a korzenie...
W połowie marca br. w Wielkiej Izbie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu zapadł wyrok uznający, że obecność krzyży w klasach szkolnych nie ogranicza wolności religijnej uczniów, ani prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami.
Kto w tym wypadku starał się "kubełkiem wypełnionym wodą z solą" niszczyć korzenie cywilizacji europejskiej? Pewna Finka - Soile Lautsi, mieszkająca we Włoszech w pewnej niewielkiej miejscowości w pobliżu Padwy i walcząca od lat z tym krajem o zdjęcie krzyża ze ściany szkoły, do której uczęszczało dwoje jej dzieci. Przegrała we Włoszech, skierowała sprawę do Strasburga. Proces trwał dziewięć lat, a w obronie krzyża (czyt.: w tym, wartości Europy) stanęły jak jeden mąż, obok Italii: Armenia, Bułgaria, Cypr, Grecja, Litwa, Malta, Monako, San Marino, Rumunia i Rosja. Ktoś zapyta - a Polska, gdzie była? No cóż, zajęta była usuwaniem krzyża z Krakowskiego Przedmieścia w Warszawie, który był dla rządzących, a także (doprawdy, zadziwiające!) niektórych hierarchów kościelnych problemem, "z którym należało zrobić porządek".
- Miejsce krzyża jest w kościele, a nie na ulicy - pokrzykiwano, przy tej okazji "nie zwracając uwagi" na bydlaków gaszących papierosy na plecach modlących się przed nim starszych kobiet, sikających pod krzyżem odmóżdżonych "medialną papką" chłystków. Sobieski z Piłsudskim zapewne w grobie się przewracają, ale oni to już tylko w zakurzonych podręcznikach historii. Absens carens, a może inaczej - obecni coś ważnego tutaj tracą.
"Chrześcijańska symbolika to integralna część tożsamości wielu narodów. Krzyż jest obecny na wielu flagach państwowych, nie przez przypadek widnieje także na karetkach pogotowia. Jest obecny w sztuce i architekturze. Jak można odcinać się od własnych korzeni?"* Te słowa wypowiedział adwokat, obrońca zachowania krzyża w szkole w Abano Terme koło Padwy - Joseph H.H. Weiler**. Nie tylko w szkole, konsekwencją zwycięstwa Soile Lautsi mogłyby być o wiele poważniejsze. Krzyż jest przecież na wielu flagach państwowych, np. Szwajcarii, Szwecji, Norwegii, Grecji i wielu innych. W Wielkiej Brytanii kościół jest kościołem państwowym, a królowa Elżbieta II, podobnie jak jej poprzednicy, jego zwierzchnikiem. Podobnie jest np. w Danii (luteranizm). A więc znak krzyża, znak wielowiekowej tradycji w Europie, stanowiący wartość już nie tylko religijną, ale także narodową, miałby zniknąć? A co z królową...
Joseph H.H. Weiler nie był obecny podczas ogłaszania wyroku w Strasburgu. Był piątek, dzień szabasu. Będąc ortodoksyjnym Żydem nie mógł pozwolić sobie na łamanie zasad swojej religii. Jako jeden z naszych starszych braci w wierze (tak określił ten Naród Jan Paweł II), stanął w obronie młodszych braci spod znaku krzyża, chrześcijan. Braci coraz mniej pewnych swoich własnych wartości, coraz częściej podcinających korzenie własnej tożsamości. Dlaczego to zrobił...?
Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie wracam znów pamięcią do smukłej, pięknej jarzębiny. Na ławce koło niej siedzieli obok siebie Polacy, ale też i Żydzi. Pamiętam jedną z rodzin tej narodowości, bardzo kulturalną, pełną ciepła i życzliwości wobec wszystkich sąsiadów. Kiedy ten opisany na początku bydlak zniszczył tutejsze drzewo-symbol, skazując go na obumarcie, zagładę, zżyta i skupiona wokół niego od lat społeczność powoli rozeszła się, zamknęła w swoich domach, a niszczejącą ławką zawładnęła grupa wyznawców całkiem innych wartości. I o to mu tak naprawdę chodziło. Wystarczyło zniszczyć korzenie...
* Cytat z wywiadu Piotra Zychowicza z Josephem H.H Weilerem, PlusMinus (Tygodnik Rzeczpospolita), 26-27 marca 2011 r.
** Josephe H.H Weiler, ur. w 1951 roku w RPA jest wybitnym specjalistą ds. prawa międzynarodowego. Związany z New York University Law School, wykłada też na wielu znanych uczelniach na całym świecie. Był członkiem komisji prawnej Parlamentu Europejskiego, która przygotowywała traktaty z Maastricht i Amsterdamu. Autor wielu artykułów i książek, m.in. "Constitution of Europe" (1998) oraz wydanej w Polsce "Chrześcijańskiej Europy" (2003), o której napisał ojciec Maciej Zięba: "Profesor Weiler, amerykański ortodoksyjny Żyd, nie obawia się głośno powiedzieć tego, o czym europejskie środowiska akademickie wolą milczeć, a co politycy i media chcą pomijać".
Piotr Stanisław Król
Powrót do spisu treści
"Refleksje spod mostu"
Ten cudowny słupek!
opublikowany w niezależnym magazynie społeczno-kulturalnym "InterMosty"
Nr 1(2)/2011 (styczeń-marzec)
W pewnej pięknej krainie, po kilku latach władzy bezlitosnych katów i rębajłów ganiających od świtu do nocy za podejrzanymi cyrulikami, odralniaczami, polito-seksoholikami i innymi podejrzanymi typami nadszedł czas upudrowanej, wypucowanej polityki miłości, cudów i sukcesów na miarę NAJJAŚNIEJSZEGO SŁUPKA.
W krainie owej zapanował niebiański spokój. I choć znajdowała się ona w centrum rozszalałych tajfunów i cyklonów, nagle stała się zieloną wyspą wśród pełnego raf i niebezpiecznych wirów oceanu. Skromny, przydrożny słupek odmieniony, pięknie pokolorowany, stał się obiektem najwyższej czci i wiary. Słupek w kształcie smukłej, złotej kolumny lub solidnego cokołu rósł, rósł i rósł. Stał się społeczno-medialnym bożkiem.
Skoro świt władza, jeszcze przed sutym śniadaniem, z niepokojem pytała służbę - Jak tam NASZ SŁUPEK? I kiedy usłyszała kojącą, słodką odpowiedź - Sztywny i wielki jak pal Azji! - rozradowana szła konsumować kanapki z łososiem i kolejne smakowite kąski ofiarowanego jej podczas wyborów ojczyźnianego tortu.
Lud coraz bardziej narzekał, psioczył, a SŁUPEK rósł i potężniał. Co niektórzy z ludu, bardziej krewcy i pobudliwi, czasem i oberwali pałą po krzyżu, dobrotliwa władza otumaniła ich gazem pieprzowym i przyklejała na czołach naklejkę - "warchoły i chuligani społeczni". SŁUPEK na moment zastygał i ani drgnął. A skoro świt znów władza urokliwej, zielonej krainy karmiona była wieścią - Rośnie NASZ KOCHANY SŁUPEK, jak na drożdżach!
"Władzoznawcy" z kręgów naukowych zadumali się nad tym niezwykłym zjawiskiem. - Może lud po prostu nie chce powrotu rębajłów i katów? - podrapał się po łysinie jeden z autorytetów, któremu spisywane od lat teorie w kolejnych, grubych tomach pt. "Władza a społeczeństwo" legły z hukiem w gruzach.
- A może mamy tutaj do czynienia z całkiem nowym zjawiskiem, tzw. odwrotnie proporcjonalnego przyrostu słupka do...
- Lewego półdupka! - stary profesor zwyczajny machnął ręką i poklepał po plecach młodszego profesora nadzwyczajnego, który zaczął właśnie w notesie wypisywać skomplikowany wzór analityczny, mający rozwiązać socjologiczno-psychologiczną zagadkę.
Kiedy "słupkowego" zjawiska nie byli w stanie rozwiązać ani naukowcy, ani komisyje śledcze wszelkiej maści, ani wróżki wpatrzone w szklane kule z czarnymi kotami na karku, zapytano w końcu pewnego skromnego literata, co o tym sądzi? Tonący brzytwy się chwyta.
- Słupki poparcia na zielonej wysepce? Hm, może mamy tutaj do czynienia ze zjawiskiem, hm, organoleptycznym? A konkretnie - węchowym... Może jakiś zapaszek tutaj działa na społeczeństwo?
- Ciekawa teoria! - stwierdził jeden z "władzoznawców". - Wiadomo, że są, przykładowo, takie kobiece, zmysłowe pachnidła, które u mężczyzn powodują wzrost ich słupków...
- Pachnidło... Nachodzą mnie tutaj skojarzenia z jedną ze scen w powieści Patricka Süskinda. Chcecie posłuchać? - literat zapytał wpatrzonych w niego mędrców, lekko ogłupiałych całą tą sytuacją. Przytaknęli z zapałem.
- Miasto Grasse, piąta po południu. Tłum ludzi czeka na wykonanie wyroku na Janie Baptyście Grenouille. Mierząc miarą rankingową - poparcie społeczne dla tego osobnika w tym momencie było równe zeru. Kiedy po długim oczekiwaniu zajechała kareta i skazaniec wysiadł z niej wraz z eskortą - nagle słupki poparcia dla niego drgnęły i skoczyły w górę waląc z hukiem, na maksa, w oznaczenie - 100%. Chwilę później poparcie zmieniło się w szaleńczą miłość, a w końcu w opętańczą orgię. Co było tego przyczyną? Pachnidło, którym wysmarował się bohater książki. Mistrzowski chwyt PR-owy!
Na naszej zielonej wysepce same "sukcesy": dogorywająca służba zdrowia... O, wiem, wiem panowie! Tutejsza służba szamańska powtarza trzy razy dziennie, że każdego przytuli i wyleczy. Tylko jak się do niej dostać?! Wczoraj stałem z bolącym jak diabli kręgosłupem od czwartej rano po "numerek szczęścia" do tzw. pierwszego kontaktu. I figa z makiem, nie mam szczęścia... Poza tym - padające, niczym kostki domina, zakłady pracy, bezrobocie, rosnące w zatrważającym tempie zadłużenie wysepki i coraz chudsze portfele jej mieszkańców, afera za aferą... A słupki miłości i poparcia dla władzy rosną i rosną. A jeśli nie, to skamieniały, znieruchomiały na amen. Moi drodzy, wciągajmy ostrożnie powietrze nosem i starajmy się wyłowić ten zapach, to cudowne pachnidło, które tak oczarowało większość ludu. Co czujemy? Nieprzyjemny smrodek. A zewsząd słychać hymn uwielbienia: ACH, TEN CUDOWNY, ROZKOSZNY ZAPASZEK!
"Władzoznawcy" dyskretnie zaczęli poruszać nozdrzami, marszcząc przy tym czoła w zadumie nad tą niezwykłą teorią wygłaszaną przez rozczochranego literata. Ten głośno kichnął, jakby coś nagle podrażniło jego organ węchowy, wytarł głośno kulfoniasty nos i kontynuował:
- Jan Baptysta Grenouille - jak panowie zapewne pamiętacie - w końcowej scenie obficie oblewa się pachnidłem i zostaje przez przypadkowo napotkanych przedstawicieli tzw. nizin społecznych zjedzony do ostatniej kosteczki. Z MIŁOŚCI... Ja na miejscu rozsiewaczy tego pachnidła, to znaczy się - smrodku - już zacząłbym się bać!
Skromny literat wcisnął czapkę na zmierzwione włosy, ukłonił się i ruszył przed siebie pozostawiając zdumionych "władzoznawców" z dylematem: wąchać dalej, czy zatkać nosy?
A w pięknej, zielonej krainie po jakimś czasie wiele się zmieniło. Na lepsze, na gorsze. Niezmienione pozostały tylko słupki. Przydrożne.
Piotr Stanisław Król
Powrót do spisu treści
"Refleksje spod mostu"
Towarzysze ewolucyjni* łączcie się!
opublikowany w niezależnym magazynie społeczno-kulturalnym "InterMosty"
Nr 1/2010 (październik-listopad-grudzień)
Sevilla, 2055 rok
Kurier z firmy UHAHA zatrzymał się przed wejściem do domu profesora Roberto Jose Afficollasa i otarł pot z czoła. Mimo ukończenia z wynikiem celującym obowiązkowego kursu lingwistycznego wciąż miał poważne trudności w porozumiewaniu się w nowym, oficjalnym języku Unii Europejskiej z wybitnym naukowcem i wielkim, światowym autorytetem w dziedzinie prawa ewolucji stosowanej. Westchnął i nacisnął dzwonek.
- Pan profesor jest teraz w ogrodzie. Pozwól młodzieńcze za mną.
Czekoladowa piękność ubrana tylko w skąpą spódniczkę z ekologicznego materiału imitującego liście avocado zaprowadziła go do wielkiego ogrodu, zaprojektowanego przez znanego katalońskiego architekta Ubuto, który preferował styl "wrrha uhm mmia", co w tłumaczeniu na język hiszpański znaczyło: "un machete y una selva" (pol.: "maczeta i dżungla"). Zanim ruszył na poszukiwanie wybitnego naukowca w gęstym buszu spojrzał z zachwytem na czerwone korale pięknie układające się na nagich, kształtnych piersiach służącej. Podziwiał chyba trochę zbyt długo, gdyż zniecierpliwiona wcisnęła mu w rękę wielką maczetę i odchodząc powiedziała - To na wypadek, gdybyś miał kłopoty w odnalezieniu drogi powrotnej...
Ruszył przed siebie wąską ścieżynką wijącą się wśród tropikalnej roślinności. Co chwila wołał w oficjalnym, europejskim języku nowożytnym - "ahuaa prufuu Afficollas!", wydymając z szacunkiem wargi i pomlaskując przy słowie "prufuu", co w języku hiszpańskim znaczyło: "Profesor" (w języku z nadwiślańskiej krainy - podobnie). Odpowiadały mu tylko bajecznie kolorowe papugi naśladując skrzecząco - "ahuaa prufuu, ahuaa prufuu..." - nie wydymając przy tym z szacunkiem dla wybitnego naukowca w dziedzinie prawa ewolucji stosowanej swoich zagiętych, sztywnych dziobów. Za to z ochotą upstrzyły mu koszulę i gęstą, czarną czuprynę. Nie narzekały na zaparcia.
Po kwadransie zgubił gdzieś ścieżynkę i wpadł w panikę. Wymachiwał energicznie "el machete", przedzierając się przez "la selva" i rozglądając się na wszystkie strony. Popełniał kolejny już raz w tym miejscu podstawowy błąd w zakresie orientacji - nie zadzierał od czasu do czasu głowy do góry. Jakaś podstępna, kolczasta roślina rozdarła mu koszulę i podrapała twarz. Wściekł się i już chciał ją ściąć przy pomocy "el machete", gdy nagle poczuł, że coś spadło mu na głowę. Była to skórka od banana. Po chwili wylądowała koło niego następna. Spojrzał w górę i odetchnął z ulgą. Profesor Roberto Jose Afficollas, trzymając się jedną ręką grubej liany, drugą wyjmował z zawieszonej dużej torby na krótkiej, owłosionej szyi kolejny obiekt badań nad wpływem konsumpcji owoców na grawitację Małp Wielkich, "towarzyszy ewolucyjnych" homo sapiens. Chyba coś zaszwankowało w proporcjach konsumpcyjno-grawitacyjnych, gdyż nagle liana urwała się i stary szympans "prufuu" wylądował na plecach kuriera z firmy UHAHA.
- Auu! Mierda! - młodzieniec zaklął i rzucił paczkę wypełnioną bananami z Republiki Środkowoafrykańskiej. "Prufuu" Afficollas chwycił przesyłkę i wskoczył na drzewo w celu podjęcia kolejnych dociekań naukowych, które wkrótce miały "zaowocować" Nagrodą Nobla.
Pod wieczór kurier z obłędem w oczach, machając na oślep "wrrha", czyli tłumacząc na hiszpański - "el machete", znalazł się przed domem profesora. Czekała tam na niego lekko już zaniepokojona, czekoladowa piękność. Minął ją nie patrząc nawet na jej czerwone korale na kształtnych piersiach w kolorze czekolady Milka, co wyraźnie wskazywało na szok pourazowy.
- Proszę chwilę zaczekać! - zawołała. Dogoniła go przed drzwiami wejściowymi i wcisnęła w rękę pieniądze oraz kartkę papieru. Na ulicy wepchnął banknoty do kieszeni i zerknął na papier. "Zamówienie - banany z Wybrzeża Kości Słoniowej. Ilość - 25 kg. Zamawiający - Profesor Roberto Jose Afficollas. Dostawa..."
- Puta! - zawołał na cały głos wymachując pięściami w stronę domu profesora.
- Mummuha brrrr (hiszp. - Documentos por favor; pol. - dokumenty proszę) - goryl..., to znaczy "towarzysz ewolucyjny" w stopniu sierżanta policji położył potężną łapę na ramieniu kuriera. Młodzieniec znając już zasady panujące w "mmia" czyli "la selva" (tzw. "zasady dżungli") wykazał się refleksem. Wyjął szybko pieniądze i wcisnął "towarzyszowi ewolucyjnemu", czyli Wielkiej Małpie w łapę. Genetycznie niewiele różniła się od homo sapiens. W końcu też była już w myśl ustawy - homo. Wzięła i poszła kupić sobie banany i wódkę. Wieczorem miał być transmitowany mecz piłki nożnej, na który jak zawsze czekała cała Hiszpania - FC los Monos del Rey (FC Małpy Królewskie) z FC Barcelona.
Warszawa, 2010 rok
To był tylko mój jakiś "poplątany futurystycznie" sen... A może jednak...
Któryś raz już oglądam mój ulubiony film pt. "Goryle we mgle" Michaela Apteda z rewelacyjną Sigourney Weaver w roli głównej. Trzeba przyznać, że rewelacyjnie zagrali też nasi "towarzysze ewolucyjni", jak ich określa m.in. obecny premier Hiszpanii Jose Luis Rodriguez Zapatero. Na tę piękną scenę czekam zawsze z niecierpliwością - zastygłe nieruchomo, niczym wielkie posągi, goryle na zboczu wzgórza w porannej mgle, wpatrzone w dal, z jakimś szczególnym, im tylko znanym, zamyśleniu. Zastanawiają się nad pozyskaniem równych uprawnień z homo sapiens? Po jaką cholerę im to?! A może Zapatero chce w dowód wdzięczności ich głosów w kolejnych wyborach parlamentarnych? W końcu to są prawie ludzie, muszą mieć swoje prawa i... obowiązki. No właśnie. A jak któryś z "towarzyszy ewolucyjnych" da w mordę homo sapiensowi - to paragraf i do ciupy? A jak krzywo spojrzy na murzy... pardon - afroamerykanina, to będzie niepoprawność polityczna i ostracyzm społeczny? A jak klepnie w tyłek blondynkę w autobusie, to będzie posądzony o molestowanie?
Kilka genów różnicy - jakie to szczęście - może myśli sobie niejeden Gorilla na zboczu afrykańskiej góry, zatopiony w refleksyjnych rozważaniach oraz wtopiony w poranną mgłę. A może nadać tym osobnikom homo sapiens nasze prawa i obowiązki? Zamiast skakać po Parlamencie Europejskim i ustanawiać normy dotyczące kąta zagięcia banana niech poskaczą, jak my, po drzewach! Kiedyś to przecież robili całkiem nieźle, ci nasi, jak im tam - "towarzysze ewolucyjni"...
* "Towarzyszami ewolucyjnymi" określił m.in.: szympansa, goryla, orangutana Pedro Pozas - dyrektor Projektu Wielkich Małp, realizowanego przez filozofów i naukowców, którzy twierdzą, że zasługują na te same prawa, które mają ich najbliżsi "genetyczni krewni" - homo sapiens.
Jak podały jakiś czas temu media - hiszpańskie małpy są o jeden krok od przyznania im praw
człowieka. Małpy mają dostać takie samo prawo do życia i wolności jak ludzie.
- To historyczny dzień w walce o prawa zwierząt i obronę naszych "ewolucyjnych towarzyszy", który zapisze się w historii ludzkości - podkreślił Pedro Pozas. Wielkie Małpy to "biologiczna rodzina", do której należą między innymi szympansy, goryle, orangutany... jak również i ludzie.
Tak na marginesie - w Szwajcarii grupa ekologów zastanawia się już nad wprowadzeniem równych praw dla roślin polnych, kolejnych "towarzyszy z biologicznej rodziny"...
Piotr Stanisław Król
Powrót do spisu treści
Noblista z pianką
opublikowany w "Myśli literackiej" i w Saloniku 19 lipca 2010 r.
Książka jest w dzisiejszych czasach towarem sąsiadującym w supermarketach np. z makaronem dwu- lub czterojajecznym, szamponem przeciwłupieżowym w promocji do czasu wyczerpania zapasów magazynowych lub całkowitego wyłysienia klientów. Ostatnio Wojtek Cejrowski, jak przystało na prawdziwego Gringo wśród dzikich plemion, wylegiwał się obok hamaków, sześciopaków piwka i kolorowego stelażu z nakładkami wibracyjnymi Durex Play. Jak wiadomo. większość mniej lub bardziej dzikich plemion w naszej globalnej wiosce wyposażona w dzidy... przepraszam, to znaczy - płatnicze karty kredytowe, poluje z zapałem na tłuściutkie promocje. Piwko, kwiecisty hamaczek, grające na naszych zmysłach gumki... Przyjemnie, miło i wygodnie, w cenie całkiem przystępnej.
Szkopuł w tym, że przyjemnie i tanio nie oznacza jednocześnie spełnienia naszych osobistych preferencji, upodobań i przyzwyczajeń. Szczególnie w zakresie literatury. Nie gustuję specjalnie w wampirach, szczególnie po atakach podczas joggingu na moje łydki i aortę szyjną małych, ale wściekle krwiożerczych bestii w Lesie Kabackim. Omijam więc szerokim łukiem długą półkę zawaloną bestsellerami Stephenie Meyer. Pozostawiam młodym, podnieconym dzierlatkom figlowanie z osiłkami z ciemnej strony mocy. No... gdyby może jakaś blond-wamp puszczała oko z którejś z okładek, to może bym ją i... przekartkował. Na kolejnej półce puszczają za to oko z pijarowskim wdziękiem nawiedzeni i pełni przesłodzonych frazesów politykierzy różnej maści. Wywiady rzeki, wspomnienia i zawodzenia, zamierzenia, wizje i prowizje (do ich kieszeni oczywiście). Kolejny szeroki łuk i z coraz mniejszą nadzieją zerkam na kolejne półki. Poradniki: jak osiągnąć karierę w dwunastu krokach, jak schudnąć dziesięć kilo w tydzień, opis metody jednoczesnego osiągania szczytu we dwójkę, a nawet we trójkę. Oczywiście Mount Blanc. Uciekam dalej i trafiam na trzystustronicową kuchnię azjatycką z doklejoną paczką błyskawicznej zupki chińskiej. Ponieważ wolę swojską ogórkową dałem sobie w końcu spokój z tą antyksięgarnią. Dorzuciłem do koszyka dwa makarony w cenie jednego, szampon chmielowy (pasował do sześciopaka Wojaka) i udałem się do kasy. Zapomniałem kupić gumki. Do żucia naturalnie. Chciałem już się cofnąć, ale przyszło mi do głowy, że w automatach oprócz Fanty i kawy ten asortyment też jest dostępny.
A książka z automatu? Zamiast bezskutecznie szukać swojej ulubionej, opędzając się wśród półek od natrętnych, napalonych wampirów, nachalnych political-pismacs, w oparach kuchni zza chińskiego muru - można by było wystukać na specjalnej klawiaturze tytuł, autora i po kilkunastu minutach wyskakiwałaby pięknie oprawiona, której za nic nie uświadczysz w towarzystwie marketowym. Marzenie? Skąd! To fakt!
Espresso Book Machine wprowadzona przez firmę On-Demand-Books to coś, co zapewne wkrótce zrewolucjonizuje rynek księgarski i branżę wydawniczą (lub je z kretesem położy na łopatki). Jakiś czas temu w londyńskiej księgarni Blackwell's ustawiono urządzenie wielkości dużej kopiarki. Obsługa bajecznie prosta - z komputerowej listy 400 tys. tytułów (ta liczba będzie rosła w postępie geometrycznym) wybieramy potrzebną pozycję, naciskamy guzik i czekamy. Otrzymujemy gotowy tom: wydrukowany błyskawicznie (105 stron z ilustracjami na minutę), oprawiony w kolorową kartonową okładkę, przycięty do poręcznego formatu. Koniec z wyczerpanymi nakładami, rozpaczliwym szukaniem po antykwariatach i księgarniach ukochanych książek. Na lotniskach, dworcach umili nam oczekiwanie mała czarna z jednego automatu, książka wystukana z sąsiedniego i coś tam jeszcze z innego. Zanim dojdziemy do wprawy z tymi manipulacjami możemy wrócić do poczekalni z jakimś zacnym Noblistą z pianką pod nosem i cappuccino owiniętą lakierowaną obwolutą. Może też się coś w systemie komputerowym urządzenia pomieszać i wyskoczy nam składanka: Sztuki kochania Owidiusza oraz Wisłockiej, przedzielone fragmentami książki Sztuka Umberto Eco. Może być w przyszłości z tego przypadkowego egzemplarza biały kruk!
Miejmy tylko nadzieję, że kochliwe wampiry Stephenie Meyer i tym podobne osobniki nie zawładną bez reszty tym obszarem oferty kulturalnej. Że dla wielu znakomitości literackich też się znajdzie tutaj cichy kącik. A niech tam! Mogą być nawet przy gumkach Durex Play, bezcukrowej żujki Cool Mentos, niskokalorycznej Coca-Coli i chipsach o smaku bekonu. Wszystko dla ludzi. Nobliści też.
Piotr Stanisław Król
Powrót do spisu treści
Brykamy proszę państwa, brykamy!
opublikowany w Saloniku Literackim, lipiec 2010
Ten felieton oddaję tym razem we władanie postaciom literackim, które zgłosiły się do mnie z zażaleniem na kolejnego ministerialnego "edukatora", a ściślej mówiąc "edukatorkę", która postanowiła ograniczyć ich prawo wolnego i nieskrępowanego dostępu do latorośli szkolnej. Powyłazili z kart zakurzonych książek na półkach bibliotecznych... i się zaczęło! Oj, zaczęło...!
- Chce pan może polizać miodku, ale tylko troszeczkę, błagam... - pierwszy wgramolił się na moje biurko Miś Puchatek trzymając w ręku wielki słój. Za nim powłócząc ogonem podążał Tygrysek. - Cholera, co za czasy, nawet brykać się nie chce - klapnął ciężko na moim notatniku i westchnął smętnie.
Po chwili zza grubych tomiszczy Trylogii Sienkiewicza wychylił się Pan Zagłoba, a za nim cała kompanija druhów z wielce ponurymi minami. Tylko Roch Kowalski jakiś rozanielony był i Panią Kowalską wywijał nad głową, aż mu w końcu wuj w łeb przyłożył mówiąc - Schowaj durniu tą swoją chudą babę do pochwy, żałoba ci przecież w narodzie jest!
Zaraz za nimi ukazali się Romeo Montecchi i Julia Capuletti, kłócili się o coś zawzięcie. On do niej - Właź mi tu zaraz na ten balkon głupia, bo ta mowa miłosna mi ze łba wyleci... Ona mu na to - Sam sobie właź, albo idź się już najlepiej truć, teraz wszystko na skróty w literaturze trzeba nam robić, nie wiesz o tym głupku jeden!
Kiedy już wszyscy się zeszli zapadła grobowa cisza, przerywana co jakiś czas odgłosami mlaskania Puchatka zza wielkiego słoja i głuchym postukiwanie Kowalskiej o blat biurka.
- A Pan Michał gdzie? - zapytał Longinus Podbipięta rozglądając się po zebranych. - Pan pułkownik po zagonach się ugania... - doszedł z tylnych rzędów głos Luśni. - Za Tatarzynem? - Nie..., za dziewkami, wiosenka w pełni. Pan Michał mówi, że na tą swoją Baśkę to czekać nie będzie, bo mu ją pewnikiem z historyji Pana Henryka ministeryje jakoweś wytną! Do klasztoru też nie ma zamiaru się wybierać!
- A może byśmy jakiś układ trzymający władzę stworzyli, no... literacką znaczy się? - cicho zapytał Mis Puchatek. - Albo może miodkiem przekupić by trzeba ministeryję edukatorską?
- Do ula chcesz trafić głuptasie?! - Zagłoba zaśmiał się pod nosem. - Do ula?! Jasne, że chcę do ula! Tam miodek jest, tylko te pasiaste cholery tną po tyłku, ale co tam! Chcę do ula! Imć Zagłoba potargał go delikatnie za ucho - W tamtym ulu tną po tyłku pewnikiem, ale miodku tyle co włosów na moim łysym czerepie, głuptasku! - Aaa.., to nie idę... - stwierdził Puchatek i wsadził łepek do słoja wylizując złociste resztki z dna.
- Patrzcie no, jakie to czasy nadeszły, teraz tylko bryki i bryki w modzie... - stwierdził ktoś żałośnie w trzecim rzędzie. - Bryki...?! - Tygrysek skoczył jak oparzony w górę - Ja kocham bryki, ja brykać sobie cały dzień, Huraaaa! Brykajmy wszyscy, brykajmy! - zaczął skakać jak sprężyna po całym biurku. - Weźcie tego kota stąd, bo mu jak nic zaraz ten ogon odstrzelę! - warknął Luśnia. - Albo na pal wsadzę i upiekę na kolację dla wron. Azja Tuhaj-bejowicz zerwał się z miejsca i wrzasnął - Pal ci dla mnie przeznaczon, a nie dla jakiegoś zwariowanego, brykającego mi tu kota, panie Luśnia! A jeszcze zawczasu Panią Basieńkę pomacać mi przyjdzie... - rozmarzył się wznosząc oczy do góry i drapiąc po rybim tatuażu na piersiach.
- O Baśce to Azja zapomnij, o palu też, choć szkoda, bo czekam na to zawsze z niecierpliwością! W brykach szkolnych, czyli w skrótach ministeryjnych rzec ujmując konkretnie, będziesz pan tylko marnym, nic nie znaczącym epizodem - wyjaśnił Luśnia zerkając łakomie spode łba na dorodnego synalka Tuhaj-beja.
- Co robić, co tu robić... - wzniósł do góry ręce zacny Longinus Podbipięta herbu Zerwikaptur - Jak ja tych cholernych trzech łbów jednym przepisowym machnięciem na raz nie zetnę, to białki żadnej nie zasmakuję! Przysięgać mi się zachciało, idiocie! Zerknął z zazdrością na wdrapującego się właśnie na biurko Pana Michała Wołodyjowskiego, który dopinając po drodze swoje hajdawery i wąsem zawadiacko poruszając wrzasnął na całe gardło - Szable w dłoń bracia, szable w dłoń! Ojczyzna nasza wzywa, ministeryje pod półkami nam knują i po zagonach harcują dziewki mi płosząc, do broni bracia! Wszyscy zerwali się jak jeden mąż i za Małym Rycerzem z wielką ochotą i zapałem podążyli: Roch Kowalski wymachując Panią Kowalską nad dorodnym czubem dyndającym mu nad czołem, Luśnia z szablą i palem pod pachą, Longinus cwałując wielkimi susami z ogromnym mieczem krzyżackim, Pan Zagłoba wymachując potężnym kuflem, który przezornie wcześniej opróżnił, Romeo biegł chyżo, niczym stumetrowiec, być może dopingowany przez Julkę, która podążała za nim z wielką flaszką z jakąś tajemną miksturą, Miś Puchatek ze słojem na głowie, który na amen mu się na niej zaklinował, a między całą tą zacną drużyną brykał radośnie Tygrysek trzymając przezornie w łapie swój ogon w obawie przed spełnieniem obietnicy Luśni, który chciał mu go jeszcze niedawno odstrzelić...
Zapadła cisza. Rozejrzałem się po biurku. Obok starego pióra marki Parker stała jakaś zakapturzona postać. Wzniosła do góry chude, kościste ręce i westchnęła - Nie uchodzi, nie uchodzi... Księżulo z półki Pana Hrabiego Fredry tu się pofatygował.
- To ja ich zaraz zatrzymam - powiedziałem i zerwałem się zza biurka.
- Stój głupcze! - wrzasnął przejmującym głosem ksiądz. - Oni w słusznej sprawie idą bój toczyć i im z serca błogosławię na drogę. Ministeryji edukacyjnej nie uchodzi, nie uchodzi, nie uchodzi... Oddalając się powtarzał te słowa, jak mantrę. Po chwili zniknął w ciemnych zakamarkach półek z książkami.
- Nie uchodzi... - powtórzyłem za nim. I powtarzam to do dziś.
Piotr Stanisław Król
Powrót do spisu treści
Metafizyka światła
opublikowany w "Pochodni" Nr 4(859), kwiecień 2009
Claude Monet w latach 1893-1894 stworzył cykl ponad trzydziestu obrazów, w których głównym motywem jest gotycka katedra Notre-Dame w Rouen. Artysta malarz, czołowy przedstawiciel impresjonizmu, potraktował okazałą, gotycką świątynię, jako obiekt obserwacji światła i koloru. Nie liczyły się tutaj architektoniczne szczegóły, perspektywa, lecz tylko i wyłącznie próby utrwalenia w zamkniętych ramach kolejnych obrazów słonecznych promieni załamujących się na fasadzie katedry w różnych porach roku, uchwycenia kolorystycznych odcieni nocy, wybuchającego o świcie tęczowego bogactwa świetlnych błysków, które w zderzeniu z potężną sakralną bryłą przybierają niespodziewanie inne odcienie.
Teoria światła fascynowała i była przewodnią siłą oraz artystyczną inspiracją dla wielu malarzy tamtej epoki. Co ciekawe, byli wśród nich i tacy, którzy poznawali jej zawiłe tajemnice nie tylko poprzez kontakt ze sztalugą, ale i z chorobą. Należeli do nich: Mary Cassatt - utrwalająca w swoich dziełach przede wszystkim kobiety i dzieci, często w pejzażu rozświetlonych ogrodów, które z czasem rozpłynęły się w jej oczach w nieprzeniknionej mgle oraz Edgar Degas - wielki mistrz i przyjaciel Cassatt, którego zmagania z umykającym światłem z powodu poważnego schorzenia wzroku przełożyły się na niezwykłą, tajemniczą kolorystykę i sposób malowania (np. w obrazie Niebieskie tancerki).
W sztuce pojęcie światła nie jest tylko zjawiskiem fizycznym, wymierzalną i przeliczalną teorią jego rozszczepienia, obowiązującym w tym zakresie przełomowym prawem kontrastu Michela Eugene Chevreula. W sztuce od wieków światło jest zjawiskiem zarówno zewnętrznym, jak i wewnętrznym, duchowym. I w tym tkwi jej niezwykła, przeogromna siła i moc. Katedra Notre-Dame w Rouen w obrazach Moneta może symbolizować zmienność nie tylko barw i odcieni, ale także nastrojów i stanów naszego ducha. Zimne kolory wytwarzają atmosferę smutku, przygnębienia, można powiedzieć - oddalają nas od wrót tej świątyni, ciepłe nas do niej przybliżają, wywołują dobry, optymistyczny nastrój. Choć zamiarem artysty była analiza światła, to dla wielu może być to także analiza naszych nastrojów, psychiki, duchowości.
Czysta, biała kartka papieru, zagruntowane płótno rozpięte na blejtramie opartej na sztaludze, puste pięciolinie... Co takiego trzeba, aby zostały zapełnione, przeistoczone w poetyckie frazy, malarskie wizje, symfonie... Wewnętrzne, duchowe światło, błysk twórczej inwencji, barwna wizja rozświetlająca mroki fizycznego upadku, niemocy, poniżenia towarzyszyły tysiącom twórców, jak: Graham Green, Ludwig van Beethoven, Henri de Toulouse-Lautrec i... Wiesławie Ż. z Warszawy.
Trzy lata temu zadzwoniła do mnie kobieta, której głos dochodził niczym z czeluści cierpienia. Przez godzinę słuchałem, słuchałem, słuchałem... kolejnych jej wierszy. Pisanych podczas bezsennych nocy, a właściwie nie pisanych lecz tworzonych i zapamiętywanych przez autorkę, która od wielu lat jest na wpół sparaliżowana, traci wzrok, jej ciało przenika nieustanny ból, a mdlejące ręce nie pozwalają na utrzymanie przez dłuższy czas długopisu czy ołówka. Doznałem olśnienia. Z tej mrocznej, beznadziejnej egzystencji przebijało się ciepłe, pełne tęczowych barw światło. Pani Wiesława odkryła swoją drogę w poezji, która pozwoliła jej odnaleźć sens, w wydawałoby się, bezsensownej sytuacji. Przekroczyła cierpienia granicę, za którą jak napisał Czesław Miłosz się uśmiech pogodny zaczyna. Czytam przepisywane od miesięcy na komputerze wiersze i składam redaktorską ręką w tomik pt. Myśli ulotne, który ukaże się w najbliższych tygodniach. Tu nie ma cienia hiobowego zawodzenia, rozpaczy, tu są rozświetlone polne łąki, tęczowe błyski na polnej rosie, ciepły figlarny wietrzyk muskający nasze roześmiane twarze, barwne skrzydła motyla... Pani Wiesława nie może od lat wychodzić z domu. Ale może bez trudu wznieść się na skrzydłach poezji ku słońcu.
Claude Monet ukazał nam katedrę w Rouen zmieniającą się pod wpływem światła. Można powiedzieć, że chwytał je w ręce, zatrzymał i utrwalił w ramach swoich obrazów. Tacy ludzie, jak pani Wiesława Ż. noszą światło w sobie i promieniują nim, mimo gasnącego, słabnącego z dnia na dzień, ułomnego ciała.
Noc także ma swoje odcienie i barwy. Claude Monet malując po zmroku katedrę w Rouen nigdy nie sięgał po czerń, lecz po stonowane, ciemne błękity...
Piotr Stanisław Król
salonik-literacki@piotrstanislawkrol.pl
Powrót do spisu treści
|